Mam bardzo dużo problemów, z którymi sobie nie radzę, nie mam na kogo liczyć. Żeby zapomnieć chociaż na chwilę o problemach ćpałam, aż w końcu trafiłam do szpitala przed stanem zawałowym , wyszłam i w sumie było dobrze, ale po jakimś czasie pojawiły się duszności, ciężko złapać oddech, przełknąć ślinę.
nie mam wpływu na bodźce, które ją wywołują, ale mam wpływ na to, co z nimi, jeśli nauczę się wyrażać ją w sposób empatyczny i asertywny, to nikomu nie zrobię krzywdy, jeśli nie daje sobie rady ze swoja złością, ranię innych i tracę relacje z najbliższymi, warto skorzystać z pomocy profesjonalisty. Żródło: Uwaga złość.
Toksyczni rodzice to najczęściej osoby które mają zaburzone poczucie własnej wartości wynikłe z tego, że same miały toksycznych rodziców. Bardzo ciężko jest przełamać rządzące naszym życiem schematy. Szczególnie jeśli nie uświadamiamy sobie, że czynimy źle. A oni w takich sytuacjach dorośli i nie widzą swojego zła.
Mamy więc emocjonalną kobietę, która po śmierci partnera staje na nogi i daje radę. I mężczyznę, który uczuć nie okazuje, jest silny, niezależny, a gdy traci partnerkę, przestaje sobie radzić z życiem. Bo tu właśnie okazuje się, że ten męski brak uczuć nie jest do końca prawdą.
Ustawa za życiem jest to ustawa, która mówi o uprawnieniach, jakie mają kobiety w ciąży oraz rodziny w zakresie porodu i opieki nad dzieckiem. Ponadto ustawa przedstawia przywileje przysługujące rodzicom, których dziecko jest śmiertelnie chore, bądź urodziło się z poważnymi wadami wrodzonymi.
Tłumaczenia w kontekście hasła "że nie daje sobie" z polskiego na niemiecki od Reverso Context: Obawiam się, że nie daje sobie rady. Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja Koniugacja Documents Słownik Collaborative Dictionary Gramatyka Expressio Reverso Corporate
Przeczytaj tekst utworu, zwracając uwagę na archaizmy. Serce roście patrząc na te czasy!Mało przedtym gołe były lasy,Śnieg na ziemi wysszej łokcia leżał,A po rzekach wóz nacięższy zbieżał.Teraz drzewa liście na się wzięły, Polne łąki pięknie zakwitnęły; Lody zeszły, a po czystej wodzie Idą statki i ciosane łodzie.
65lrSK6. napisał/a: 2Pac 2016-02-13 00:14 Witam. Byłem z dziewczyną rok, mam 20 lat, ona 19. Byliśmy wspaniałym związkiem i każdy z zewnątrz nas podziwiał. Jednak ja ją okłamywałem w nawet najdrobniejszych kwestiach kiedy ona dawała mi tyle szans. Wiem jaki błąd popełniłem i wiem kim dla mnie jest, chciałbym ja odzyskać ale nie wiem jak. Staram się zmieniać i robić to, o czym kiedyś mówiłem że robię. Teraz mówi mi, że nie mam u niej szans kiedy to ja nie daje sobie rady bez niej i również tego, że mama ma raka. Wiem, że nikogo nie ma i wiem też, że zaczęła przyjaźnić się z moim byłym przyjacielem do którego NIC NIE CZUJE. Co powinienem zrobić, żeby odzyskać tę dziewczynę? Rozstaliśmy się z powodu moich kłamstw. napisał/a: dkmp5 2016-02-13 01:55 Są dwie opcje weźmiesz się za siebie i nie będziesz się na razie odzywał do póki nie popracujesz nad sobą bo jej na pewno potrzeba czasu i odzywając się, prosząc ją tylko przekreślasz swoje szanse o ile już tego nie zrobiłeś bo jesteś dla niej słabym gościem , ale druga opcja jest taka że już ma Cie dość i musisz odpuścić , nic nie da rady zrobić . Współczuję choroby twojej mamy , ale musisz być silny , załamując się na pewno nie pomożesz sobie , mamie , i tym żeby wrócić do dziewczyny , także weź się za siebie . Moja dziewczyna jak zerwaliśmy też z głównie mojej winy jak się dowiedziała co u mnie i co zrobiłem to sama chciała wrócić , tyle że ja zachowałem twarz i zerwałem z nią żeby nie było jej ciężko ze mną . Ale może się uda , bądź mężczyzną i głowa do góry . napisał/a: 2Pac 2016-02-13 19:33 Właśnie nie raz prosiłem ją żeby dała mi ostatni raz spróbować, żeby nie bała się mi zaufać. Nie daje sobie po prostu rady bez niej, brakuje mi tego, kiedy mnie przytulała, mówiła że mnie kocha i praktycznie wszystkiego. Nie wiem co mam ze sobą robić, pracuję ciągle nad sobą. Przestałem kłamać, przestałem robić wszystko co złe było we mnie a ona nadal nie chce wrócić, a ja nie potrafię odpuścić bo zależy mi na niej i boje się, że zaraz znajdzie sobie kogoś nowego i ja już nie będę miał szans. Jestem już w takim dołku, że nie potrafię w ogóle ogarnąć się i poradzić sobie bez niej.. I staram się każdego dnia walczyć o nią, przepraszam za wszystko. Dziś dałem jej kwiaty i list prosto od serca bo jutro walentynki, a mi bez niej po prostu nie chce się żyć. Tak, jestem słaby i jestem tchórzem. Ale kocham tę dziewczynę bardzo mocno. Dodam też, ze ma 19 lat, maturę w tym roku, była moją pierwszą łóżkową i pierwszą poważniejsza dziewczyną, jednak moi rodzice strasznie ją polubili.. napisał/a: dkmp5 2016-02-14 02:08 No tylko że dalej nie robisz wszystkiego żeby do niej wrócić , to co odczuwasz to normalna rzecz . Ale ja Ci mówie tak jej nie odzyskasz . Wybaczy Ci z litości , jak ją ubłagasz i potem powie że to pomyłka . Wejdź na i poczytaj podstawy i klasyki, znajdziesz tam dobry materiał który Cię odpowiednio nastawi i nauczy . Tylko czytaj i stosuj to co Ci potrzebne i rób to z głową . napisał/a: 2Pac 2016-02-14 02:21 Właśnie największy problem w tym, że się ogarnąłem. Pracuję normalnie (musiałem rzucić studia przez sytuacje z mamą, niestety), przestałem kłamać (chyba najlepsze z tego wszystkiego że przestałem bać się mówić prawdę), zacząłem zmieniać w sobie cechy te, które drażniły innych. Dziecinność, niezorganizowanie, zaniedbywanie samego siebie. Do niej np. w niedzielę potrafiłem iść w dresie, teraz ubieram go tylko i wyłącznie w momencie kiedy chodzę sobie po domu, idę na trening lub jadę samochodem w dalszą trasę. Dziecinność zamieniłem na dojrzałość. Podejmowanie przemyślanych decyzji to u mnie pierwszy i podstawowy krok, zanim odpowiem coś głupiego zawsze zastanawiam się dwa razy. Jeśli chodzi o niezorganizowanie - nie spóźniam się i dotrzymuję obietnic. Przestałem również wciągać tabakę (co strasznie jej przeszkadzało, ponieważ od papierowych rurek przecinałem sobie nos i miałem rany). Codziennie kąpiel, włosy na żel, ogolony (nie do końca, bo mam bródkę i wąsika o którego sobie dbam). Przestałem również palić, żeby nie śmierdziało mi z buzi. Zacząłem znów grać w kosza, znów robię wsady i znów jestem liderem swojej drużyny. Zarabiam w tej chwili 3500zł miesięcznie. Ale nadal nie wiem, co mam robić, żeby wróciła. Czy też na litość czy nie, wciąż byłbym na każde jej zawołanie bo strasznie mocno ją kocham. Ale wiem, że gdyby spędzała ze mną czas - zauważyłaby te przemiany. A tak nic, ani widu ani słychu. Nie wiem czy zerwać kontakt, bo boję się że to całkowicie zaprzepaści szansę na ten związek. Wiem też, że jeszcze jak czasem napisze to tęskni za mną. I że wciąż jest sama. Niestety nadal nie wiem co robić, aby wróciła. I jeszcze jest jeden problem. Z 86kg schudłem do 65kg przy wzroście 189cm. Nie mam ochoty jeść ani nic robić, inne dziewczyny nie wchodzą w grę. Próbowałem, ale wszystko kojarzy mi się z nią. Wieczorami i rankami płaczę jak dziecko, kiedy zawsze byłem kolesiem którego nic poza krzywdą własnej rodziny nie wzruszało. Jedynie jej płacz powodował to samo u mnie, tak samo jak uśmiech powodował uśmiech. Przyznaję się szczerze i bez bicia, że jestem już na skraju załamania. A największym plusem i tym, w czym się zakochałem był jej charakter i szacunek do drugiej osoby. Była jedyną dziewczyną (miałem wcześniej 2, ale to były zwykłe zauroczenia bo ładna itd) która przyszła do mnie do domu i pierwsze co, to nie poszła oglądać tv czy tulić się ze mną, a widząc mojego młodszego brata zapytała się czy chce się z nią pobawić, czy zagrają w coś razem a dla moich rodziców sama piekła ciasta, robiła sushi. Strasznie wtedy tym wszystkim mi zaimponowała i wiem, że dla mnie to ta dziewczyna jest miłością. napisał/a: dkmp5 2016-02-14 12:26 Może i zmieniłeś te rzeczy , ale cóż z tego jak jesteś picza ? Nie wiem jak twoja kobieta ale większść kobiet nie lubi cipek . Więc moim zdaniem jeżeli walczysz o powrót do niej to bycie silnym facetem jest fundamentalną kwestią . Napisałem Ci adres strony która powinna Ci pomóc ale nawet Ci się nie chciało przeczytać ... Postaw się na miejscu kobiety , ona potrzebuję w Tobie oparcia itd , zrywacie bo ją okłamujesz , potem za nią latasz i płaczesz i prosisz o powrót . Dla niej jesteś przykrym kolesiem, myśląc jak kobieta w życiu byś sobie nie dał szansy . Płaczesz , nie jjesz itd bo tak jest najłatwiej i Ci się nie chce po prostu najłatwiej jest się poddać . Pokaż że masz jaja i tyle . napisał/a: 2Pac 2016-02-14 20:28 Wchodziłem na te strone, szukałem porad a nawet się zarejestrowałem. Co do twojego podejścia - możliwe ze jest dobre, bo zazwyczaj kiedy oleje się sprawę dziewczyna zaczyna się zastanawiać. Niby wszystko super, mogę nie pisać, nie odzywac się i nie poruszać tematu związku w ogóle, a dla siebie samego się zmieniać. Jednak co jeśli - znajdzie sobie kogoś innego bo na mnie powiedzmy ma już wyjebane? Niezbyt satysfakcjonuje mnie jej odejście i zastąpienie mnie kimś innym, bo nienawidzę porażek. Chce ja odzyskać za wszelką cenę. Cokolwiek będę musiał poświęcić, poświęce. Wiec wg twojego toku myślenia - mam przestać prosić się o związek i szanse a czekać aż sama zauważy zmiany i się odezwie? napisał/a: errr 2016-02-14 20:46 dkmp5 napisal(a):Więc moim zdaniem jeżeli walczysz o powrót do niej to bycie silnym facetem jest fundamentalną kwestiąco to znaczy silny facet według Ciebie dkmp5? jakbyś go opisał? napisał/a: dkmp5 2016-02-14 22:26 Konsekwencja, prowadzenie w związku , opanowanie , nie nachalność , MYŚLENIE , dżentelmen . Ale wiadomo czasami też kobiety są dominujące . A co do autora , może być tak że już ją straciłeś i ona nie może na Ciebie patrzeć. Może być tak że jak zobaczy jaki postęp zrobiłeś to będzie chciała wrócić . Ale wiem jedno może jak za nią teraz będziesz latał to ją weźmiesz na litość , ale Cię potem oleje i powie że to nie to albo coś innego . Albo Cię zleje . napisał/a: errr 2016-02-15 10:20 napisal(a):Konsekwencja, prowadzenie w związku , opanowanie , nie nachalność , MYŚLENIE , dżentelmeni której z tych cech poza rozumianą w tej sytuacji "nie nachalnością" nie posiada autor że nazywasz go "piczą"? Chłopak odwalił kawał dobrej roboty a Ty go wyzywasz... czy tak zachowuje się silny facet? ;) napisał/a: dkmp5 2016-02-15 13:19 napisal(a):Czy też na litość czy nie, wciąż byłbym na każde jej zawołanie bo strasznie mocno ją kocham to nie jest dla kobiet atrakcyjne . Bardzo dobrze że wziął się za siebie , przyda się mu na przyszłość . napisał/a: errr 2016-02-15 13:49 oj, możesz się kiedyś mocno zdziwić :)
napisał/a: agasiz 2011-08-28 11:07 Witam bardzo serdecznie. Chciałem z Wami podzielić się swoim problemem który od długiego czasu nie pozwala mi normalnie funkcjonować w środowisku, tym problemem jest DEPRESJA. Jest to choroba która potrafiła powalić na kolana 32 letniego faceta który w życiu zawodowym starał się pomagać innym ludziom szczególnie młodym w rozwiązywaniu swoich problemów (pedagog) a sam nie potrafi rozwiązać swoich co za ironia losu. Nie wiem jak poradzić sobie sam z sobą nie mam na nic ochoty i sił tumiwisizm i obynietrzebabyłowychodzićzłóżka to dla mnie chleb powszechny, wyciągnąć mnie z domu to nie lada sztuka nie mówiąc już o problemach ze sferą uczuciowo-intymną jej po prostu obecnie nie ma po prostu brak zainteresowania jest totalny z mojej strony. Byłem u psychiatry brałem do tej pory venafleksynę teraz mam zmienione leki na escitalprolam tzn jestem w trakcie schodzenia z jednego i przechodzenia na drugi w/w lek nie wiem czy to jest tego efekt ale w nocy zasnąć nie mogę mam napady paniki i strasznego lęku plus drżenie rąk i nerwowy ból żołądka. Mam problemy w pracy a raczej byłej pracy bo zostałem wyrolowany przez mojego dyrektora który zwolnił mnie aby przyjąć swojego protegowanego na moje stanowisko prócz problemy w domu opiekuję się 85 letnią babcią która traktuje mnie jak 12 latka wykańcza mnie i psychicznie i nerwowo. nie wiem co robić już niekiedy odechciewa mi się żyć. Pomóżcie napiszcie coś co może wam pomogło wyjść z podobnej sytuacji. Pozdrawiam napisał/a: agasiz 2011-08-28 20:38 Nie wiem czy to normalne w przechodzeniu z leku na lek venafleksyna na escitaprolam ale jestem jednym kłębkiem nerwów i lęku i paniki nie mówiąc o dołach jakie łapie, dzisiaj jest jakiś koszmar normalnie napisał/a: teaman1986 2011-08-29 02:49 Cześć agasiz. Ja biorę wenlafaksynę już przez ponad półtora roku (od stycznia 2010 r.) i na mnie również ona nie działała, bądź działała słabo. Aktualnie jestem w trakcie jej odstawiania, ponieważ nie mam "czystej" jednobiegunówki, lecz CHAD, a antydepresanty (nawet te nowoczesne, takie jak SSRI) mają tendencję do nadmiernego indukowania faz maniakalnych (u mnie raczej hipomaniakalnych) w przebiegu CHAD, co też u mnie prawdopodobnie miało miejsce-i to przy jednoczesnym niepoprawianiu faz depresyjnych przez wenlafaksynę. Wyraźną poprawę odczułem dopiero po wdrożeniu do leczenia "Convulexu" i "Depakine Chrono" (czyli normotymików), z tym że przez pewien czas brałem tylko 600 mg/dobę i to było dla mnie za mało-naprawdę dobrze poczułem się dopiero po zwiększeniu dawki dobowej do 900-1000 mg (2x500 mg rano i wieczorem). Jednakowoż, zapewnie nie odstawię całkowicie wenlafaksyny (obecnie biorę 112,5 mg/dobę, ale stopniowo coraz mniej), gdyż rzekomo kwas walproinowy i jego pochodne (w moim przypadku walproinian sodu) wzmagają jej działanie przeciwdepresyjne. Jeszcze mi się przypomniało, że gdy nagle całkowicie zrywałem z wenlafaksyną (przestawałem łykać kapsułki z dnia na dzień), to od razu miałem nieprzyjemne objawy uboczne, wręcz poważnie utrudniające normalne funkcjonowanie, a mianowicie zbierało mi się na wymioty, miałem nudności, mdłości, zawroty i bóle głowy (zażywałem oryginalny "EfectinER", a jakiś czas temu przeszedłem na zamienniki-"Velafax" i "Venlectine"). Muszę przyznać, że przez pewien czas brałem nawet 225 mg wenlafaksyny na dobę, a jest to minimalna dawka aplikowana w leczeniu depresji w szpitalach psychiatrycznych. Na depresję mogę Ci jeszcze polecić "Ketrel", jednak jest to porada czysto teoretyczna, gdyż mam wrażenie, że źle na mnie działa, tzn. za bardzo mnie "zamula" i pogłębia moje objawy depresyjne (senność, zmęczenie, brak energii do działania, apatię, uczucie wszechogarniającego cierpienia). Najpierw jeden z psychiatrów przepisał mi go jako środek nasenny w małych dawkach (25-50 mg, gdyż mam też zaburzenia rytmu okołodobowego, a do tego czasami nadmierne pobudzenie w fazie hipomanii występowało u mnie wieczorami/w nocy), a obecnie moja stała psychiatrka zaleciła mi "Ketrel" stricte na depresję w dawce 100 mg/noc, ale biorę go tylko czasami (gdy nie mogę zasnąć), gdyż, jakem napisał, chyba źle się po nim czuję. Z kolei jeszcze inna psychiatrka polecała mi włączenie „Ketrelu” na stałe do mojego schematu leczenia, gdyż podejrzewała u mnie spektrum zaburzeń schizoafektywnych i osobowość schizoidalną. Kwetiapina (fumaranu) to środek przeciwpsychotyczny najnowszej generacji, a ponadto rzekomo badania kliniczne wykazały jej wysoką skuteczność w leczeniu depresji przy długotrwałym stosowaniu. Z kolei na napady lękowe mogę polecić Ci lewomepromazynę („Tisercin”), której co prawda nie „ćpałem” osobiście, ale jest mi wiadomo, że stosuje się go w zespołach lękowych. Ewentualnie mogę się podpytać mojej siostry o jakieś dobre środki na lęki, gdyż leczyła się ona na nerwicę lękową. Wiem, że moje porady dla Ciebie mogą nie być supertrafione, skoro cierpisz na klasyczną depresję, a nie na CHAD (tak jak ja), jednak uważam że nasze przypadłości są do siebie mocno podobne, ponieważ w przebiegu moich zaburzeń czas trwania stadiów depresyjnych jest zdecydowanie dłuższy niż hipomaniakalnych. Pozdrawiam, RJPS napisał/a: agasiz 2011-08-29 07:18 Widzisz u mnie wszystko zaczęło się jakieś 4 lata temu też zacząłem swoją przygodę z venafleksyną ale psychiatra zmienił mi ją na citaprolam plus mitrazepinę wszystko byłoby ładnie i pięknie gdyby nie to że po ok 8 mcach nei przestało działać i nie byłoby dodatkowych 20 kg po mirtazepinie jadłem jak oszalały i znów wróciłem do venafleksyny najpierw 75 mg potem 150. tak było do teraz teraz psychiatra kazał mi ją zmienić na escitalprolam i własnie jestem w trakcie schodzenia z alventy i wchodzenia na es... to jakis koszmar dziś udało mi się zasnąć koło poza tym biegunka i takie dziwne stany lękowo nerwowe z dodatkiem paniki że hej na niczym nie mogę się skupić i wgle masakra. Psychiatra coś mówił mi że dołoży mi trazodon ale pierw out venafleksyna. No i po venafleksynie moje funkcje seksualne spadły do prawie zera co nie jest miłym objawem :( Pozdrawiam agasiz napisał/a: Agusia1982 2011-08-29 11:17 Przy lekach psychotropowych,schodzeniu z dawki,wchodzeniu na nową takie stany jak opisujesz są zupełnie normalne i mogą trwa nawet 2,3 tygodnie. Gdyby po tym czasie nie było poprawy to trzeba zastanowić się czy lek jest odpowiednio dobrany. Pamiętaj jednak,że sam lek sprawy nie załatwia...w Twoim przypadku może zastanowił byś się nad terapią?szkoda życia. Nie jestem pewna czy sam dasz rade a gdyby ktoś poprowadził za rękę będzie znacznie łatwiej. Praca nad sobą,wytrwałość to jedyna słuszna droga. Oczywiście leki pomocniczo jak najbardziej...ale nie jako jedyna droga do sukcesu. napisał/a: agasiz 2011-08-29 19:20 Wiesz dlatego postanowiłem iść do psychiatry żeby leczenie mojej depresji było pod fachowym okiem a nie na zasadnie może to zadziała albo to w wykonaniu lekarza rodzinnego. Co do psychoterapii z tym może być problem a nawet duży problem. a Venaflexynę odstawiam następująco: dzień zero 150 mg dzień 1 - 7, 100 mg venaflexyny rano + 5mg escitaprolamu wieczorem, dzień 8 - 14 50 mg vena + 5 mg escit... 15 dzień 10 mg escita.... wieczorem już bez venaflex. Wiec jest to chyba dość rozsądne postępowanie moim szczęściem jest to ze mam venaflexynę w postaci podzielnej przez 3 wiec nie ma problemu z dzieleniem. mam mieć dołożony jeszcze trazodon ale to po odstawieniu veny... Co myślicie o takim postępowaniu nadmieniam ze lęki i taka dziwna nerwica cały czas się utrzymuję i zaczyna zwiększać się mój napęd to chyba dobrze napisał/a: Agusia1982 2011-08-30 10:04 Kurde nie wiem co Ci napisać bo z tymi lekami jest strasznie skomplikowana sprawa. Jak dla mnie powinieneś mieć jeden odpowiednio dobrany lek stały,ewentualnie jakiś doraźny a i tak to jak na mój gust za wiele. Zmieńmy troszkę temat...leki lekami okej a co robisz poza lekami by czuć się lepiej? Czy Twój lekarz jest sprawdzony czy z łapanki jak ja to nazywam? napisał/a: agasiz 2011-08-30 19:17 Dzięki za to, że wgle się odezwałaś do mnie. Lekarz u którego wpierw byłem byłem ordynatorem oddziały psych szpitala powiatowego, ale niestety cena wizyty nie poszła w jakość i byłem prowadzony przez lekarza ogólnego z marnym skutkiem no ale cudów nie można się spodziewać. Niedawno odkryłem NZOZ który specjalizuje się w terapii uzależnień i psychoterapii i tam przyjmuje psychiatra i teraz jestem ustawiany przez niego na antydepresanty. Na razie biorę tylko leki, żeby wrócić do "żywych" bardzo to trudne wykrzesać z siebie choć trochę sił do jakiegokolwiek działania. Ale staram się jak mogę nie zawsze wychodzi. Masz rację z lekami nie jest prosta sprawa ale z życiem jeszcze gorzej więc trzeba jakoś wypośrodkować. Pozdrawiam M napisał/a: Agusia1982 2011-08-31 11:30 Masz racje. Są osoby,którym wystarcza też takie,które radzą sobie same poprzez różne ćwiczenia i zmiany toku myślenia. Są tez takie jak ty...czy jak byłam ja,które bez leków nie ruszą. Mogę Ci tylko napisać,że mam ogromną nadzieje,że ten lek będzie trafiony. Widzisz ja nie popieram leków ale czasami tylko to potrafi postawić na nogi i dać powera do walki. Ja uważam ,że dzięki temu dałam rade walczyć,że teraz daje radę żyć normalnie. napisał/a: agasiz 2011-08-31 12:14 Wiesz ja teram mam bardzo trudną sytuacje w domu depresja na dodatek utrata pracy - dałem się wyrolować jak mało kto a od kilku nocy ten sam sen po którym jestem bardziej zmęczony i zdenerwowany niż kładę się spać. Oprócz tego takie dziwne ściśnięcie w żołądku mam nadzieje ze to tylko chwilowe przy zmianie leków bo może być wesoło albo i nie. Ja sam będąc pedagogiem nie umiem sobie pomóc to jest jakiś dance macabre. pozdrawiam napisał/a: Agusia1982 2011-08-31 19:50 No jak widać na załączonym obrazku każdego może spotkać. Nie wiem z jakim problemem zmagasz się domu...(jak chcesz możesz mi napisać na pw)a jeśli chodzi o pracę to nie zadręczaj się bo nie warto. Należy zamknąć ten rozdział i iść do przodu...nie patrz wstecz bo sam widzisz ,że to tylko utrudnia sprawę. Jeśli wiesz,że stało się to nie słusznie to niech żałują ,że stracili wartościową osobę w swych szeregach a ty znajdziesz coś lepszego. Sny sa zazwyczaj odzwierciedleniem tego co przeżywamy w ciągu dnia i od tego też zależy jak czujemy się rano.
Nie daję sobie rady z psem – to niestety uczucie, które pojawia się u wielu opiekunów. Przyczyny są naprawdę różne. Czasami mamy bardziej wymagającego psiaka, a czasami to sami mamy po prostu gorsze dni. Teraz dni robią się coraz chłodniejsze, jest również ciemniej, więc wiele osób ogarnia melancholia oraz zły artykuł będzie właśnie o tym. Trzeba wiedzieć, że większości z nas zdarzają się gorsze dni. Pies to duża odpowiedzialność, a nie każdy opiekun wie, jak sobie poradzić podczas kryzysu ze swoim z psem – kiedy się pojawia?Gorsze dni z psem pojawiają się zazwyczaj w dwóch przypadkach. Albo mamy psiaka problemowego i od dłuższego czasu nie widzimy poprawy, a również sam pies nie bardzo chce współpracować. Drugi przypadek to ogólne zmęczenie opiekuna – związane z przepracowaniem, gorszym nastrojem lub generalnie problemami to spora odpowiedzialność, więc jest dodatkowym obciążeniem w trudniejszym okresie. Możemy wtedy czuć, że nie mamy nad niczym kontroli i nie potrafimy sobie poradzić z obecnym dochodzą obowiązki, które związane są z posiadaniem psa – konieczność przygotowywania mu posiłków i spacery, nawet jeżeli nie mamy na to opiekunów może dopaść kryzys przy dojrzewającym szczeniaku, ponieważ często zdarza się, że to naprawdę burzliwy okres w naszym życiu. Wydaje nam się wtedy, że pies jest ”coraz gorszy” i nie mamy już energii, żeby sobie z tym prowadzi to do wyrzutów sumienia, ponieważ chcemy zająć się swoim przyjacielem, a czujemy, że nie mamy do tego siły. Źle się czujemy, nie mamy motywacji, a pies ciągle czegoś od nas wymaga. Wszystko to potęguje wizerunek psa internetowego, który jest zawsze idealny, a jego opiekun szczęśliwy i internecie i social mediach mało mówi się o problemach z psem, ponieważ mało kto chce pokazać, że nie zawsze sobie daje radę. Może to potęgować poczucie, że to z nami jest coś nie tak, bo przecież wszyscy inni sobie jest taka, że kryzysy się zdarzają każdemu. Relacja z psem jest specyficzna, ale nie znaczy to, że zawsze idealna. Jak najbardziej zdarzają się gorsze momenty. Czasami przyczyną jest nasze złe samopoczucie i wypalenie ciągłymi obowiązkami, a czasami to nasz pies ma gorsze chwile i odmawia daję sobie rady z psem, czyli pies problemowyPsy są naprawdę różne, a każdy ma własne cechy charakteru. Życie w społeczeństwie narzuca na psa i jego opiekuna konkretne wymagania, do których czasami trudno się dostosować. W związku z tym jak najbardziej mogą pojawiać się są to stosunkowo proste problemy jak ciągnięcie na smyczy, nadpobudliwość lub uciążliwe szczekanie. Czasami problemy są głębsze i związane są z brakiem zaufania do człowieka lub się na psa zawsze myślimy, że będzie idealnie. Marzymy o miłych, spokojnych spacerkach w ciepłe dni lub o uroczym rzucaniu swojemu przyjacielowi piłeczki. Uśmiechy, szczęście, radość. Niestety te marzenia potrafią zderzyć się ze zwykłą, szarą budzi o absurdalnie wczesnej godzinie, a potem sika na nasze ulubione buty. Spacer jest nieprzyjemny, bo właśnie zaczęło padać, a do tego jest zimno i ciemno. O rzucaniu piłeczki w ogóle nie ma mowy, bo we wszystkich parkach jest zakaz wychodzenia z psami, a na najbliższym psim wybiegu są jakieś ogromne bestie-terroryści, które olewane przez swoich opiekunów gnębią naszego generalnie dajemy sobie radę – chodzimy do behawiorysty, staramy się ćwiczyć z psem i robić regularne treningi. Czasami jest lepiej, czasami gorzej, ale idziemy do przodu. Do spacerów się przyzwyczailiśmy – nawet do tych w środku nocy, bo psiak coś zjadł niefajnego i miewa biegunki. O aportowaniu powoli zapominamy i szukamy innej z psemWydaje nam się, że wszystko idzie dobrze, ale niestety czasami wystarczy jeden gorszy dzień i się łamiemy. U każdego wygląda to trochę inaczej. Czasami po prostu pies ma naprawdę niefajny moment, że wydaje nam się, że robi nam na złość. Czasami jesteśmy zmęczeni życiem i pobudka o 4 rano zwyczajnie nas dobija – jesteśmy źli i przyczyn jest wiele, ale to serio nic nadzwyczajnego. Najgorsze co możemy zrobić to wpaść w wyrzuty sumienia, że nie potrafimy sobie poradzić z własnym dawno temu mieliśmy ogromne problemy z naszą Legion. Była strasznie wymagającym szczeniakiem, z którym mieliśmy wiele kłopotów. Nie było lekko, więc dobrze rozumiemy co czują opiekunowie, którzy sami przechodzą podobne że wiele lat temu przeczytałem na jakimś blogu historię kobiety, która miała psa z problemami behawioralnymi. Głównie była to nadpobudliwość i agresja smyczowa (podobne problemy, które sami mieliśmy z naszym psem). Opisana sytuacja jest bardzo podobna do tego, co przeżywa mnóstwo psich tej historii opiekunka cały czas robiła coś z psem, aby wyeliminować problemy z agresją. Nauka przynosiła jakieś efekty i generalnie opiekunka czuła, że wszystko idzie ku lepszemu. Jednak wystarczył jeden gorszy dzień. Nie pamiętam teraz dokładnych szczegółów, ale opiekunka miała dużo spraw na głowie tego dnia, a dodatkowo była zmęczona. Pies też był coś ”nie w sosie” od kurier dostarczyć paczki, a w psa wstąpił jakiś demon. Zaczął skakać na płot jak opętany, a w całym chaosie przewrócił opiekunkę i wytrącił jej paczkę z rąk. Generalnie narobił jej wstydu. I chyba wielu opiekunów wie jak ciężko jest czuć się osądzanym przez innych, że nie radzimy sobie z psem – często to właśnie to jest najgorsze przy problemowym że w tej historii zakończenie było takie, że opiekunka po prostu się poddała, siedziała z tą paczką i płakała. Akurat tutaj zakończenie było pozytywne, ponieważ podobno psa ta reakcja jakoś odmieniła, przyszedł się przytulić i od tego momentu już wszystko było nie każdy może liczyć, że załamanie opiekunka magicznie odmieni psa. Czasami mamy po prostu taki okropny moment, musimy go przetrwać i żyć mnie takim krytycznym momentem z psem było to, że w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nigdzie nie znajdziemy pomocy. Problemy z Legion mieliśmy, ale zawsze jakoś sobie radziliśmy i mogliśmy z optymizmem patrzeć w przyszłość. W końcu od tego są szkolenia i behawioryści, żeby tego psa i relację z nim ”naprawić”.Niestety po wielu próbach okazało się, że nikt nam nie może pomóc. Behawioryści dawali nam jakieś ogólne porady, ale nic nie pomagało, a robiliśmy naprawdę wszystko. Niektóre dni mieliśmy od rana do wieczora zapełnione różnymi aktywnościami, bo szkoleniowiec mówił, że ”to owczarek niemiecki, z nim trzeba dużo pracować”. Krytycznym momentem był dzień, kiedy szukałem już kolejnego ”specjalisty”, gdzie finalnie powiedziano mi, że mogą mi zaproponować tylko obrożę tamtym czasie była to dla mnie taka granica, a rażenie psa prądem nawet nie wchodziło w grę. Naprawdę niefajny moment bo człowiek znajduje się pod murem. Wydaje się, że albo trzeba będzie ”złamać” psa albo pies złamie nas i już zawsze będzie się trzeba z nim szczęście wtedy postanowiliśmy całkowicie przestać słuchać naszych szkoleniowców i zdecydowaliśmy się spróbować od podstaw robić po swojemu. W skrócie postawiliśmy na budowanie relacji z psem, ograniczyliśmy pobudzające aktywności, skupiliśmy się na uspokajających zabawach węchowych i umysłowych, ale przede wszystkim trochę być w tym trybie, że ”musimy” trenować z psem, a zaczęliśmy po prostu z nim dość swojego psa, czyli czas na odpoczynekCo z tego wszystkiego wynika? Przede wszystkim mam nadzieję, że wielu opiekunom w trakcie takiego kryzysu z psem pomoże świadomość, że wcale nie jesteśmy z tym sami. To nie jest tak, że nasz pies jest gorszy albo my nie dajemy sobie rady – jestem pewien, że większość opiekunów ma tego typu gorsze dni ze swoim ale sama świadomość zapewne nam nie pomoże. Jakie mamy więc dostępne rozwiązania?Zrób krok w tyłCzasami najlepszym rozwiązaniem jest trochę się cofnąć. Wielu opiekunów ma tendencję do tego, że robi po prostu za dużo. Dziesięć spacerów dziennie, setki kilometrów, bieganie z psem, szkolenie obedience, agility, spotkania z innymi psami, socjalizowanie, ćwiczenie sztuczek i mnóstwo innych zmęczenie nas i psa, potem spadek motywacji, zero energii i tak dalej. Wpadnięcie w taką spiralę aktywności może mieć naprawdę nieprzyjemne skutki. Czasami kryzys to dobry moment, aby zrobić krok wstecz i przeanalizować, czy na pewno robimy to, co chcemy że życie z psem trwa wiele lat – zróbmy sobie taki plan, który będzie dla nas przyjemnością, a nie się, że tak bardzo chcemy psa idealnego, że nasze oczekiwania są absurdalnie wyśrubowane. To bardzo łatwe w czasach social mediów, gdzie każdy pies jest perfekcyjny, a opiekun uśmiechnięty. Wszyscy kochają swoje psy, są szczęśliwymi ”wielogatunkowymi” rodzinami i generalnie jest słodko i mamy kryzys z naszym psem, gdzie tak naprawdę nawet nie wiemy, czy go lubimy, a co dopiero kochamy to taki przekolorowany obraz świata może prowadzić do wyrzutów sumienia. W końcu może to my jesteśmy problemem? Nie radzimy sobie z własnym psem, za którego wzięliśmy odpowiedzialność. Nie lubimy go, jesteśmy na niego cały czas jest taka, że nie ma raczej psa idealnego. Relacje z psem są naprawdę różne i zależą od wielu czynników. Zresztą te relacje cały czas się zmieniają i ewoluują. Czasami tak bardzo czujemy się zmuszeni, żeby psa kochać, że zaczynamy być źli na siebie i na psa. W takiej sytuacji nie patrzymy nawet na niego w kontekście jego cech charakteru, a wyłącznie jako obiekt, który na nas coś Spróbuj poznać swojego psa. Zobacz co lubi. Po prostu posiedź z nim i go pogłaszcz. Niech relacja rozwija się w swoim tempie, bez obowiązku lub jakiegoś socjalnego jest tak, że kryzys i nasze negatywne uczucia do psa związane są z naszym nastrojem. Być może mamy jakieś problemy osobiste, gorzej się czujemy, mamy zły humor lub jesteśmy zwyczajnie zmęczeni. W takie dni sama myśl o spacerze w deszczowy, zimny, jesienny dzień powoduje okropny ból brzucha. A psie szczekanie, które jeszcze niedawno tolerowaliśmy, teraz powoduje absurdalny ból takim momencie wszystko wydaje się okropne, a nasze negatywne uczucia koncentrują się na psie. Możemy wtedy nieprawidłowo myśleć, że to właśnie pies jest źródłem naszych jednak, że najpierw musimy zatroszczyć się o siebie, żeby móc troszczyć się o innych. Jeżeli mamy takie gorsze dni to przede wszystkim myślmy o się wyspać, zjedzmy coś dobrego i zróbmy to, co sami lubimy. Nic się nie stanie, jeżeli nie nie wyjdziemy kilka dni na długi spacer, a pies nie będzie miał treningu. Wręcz wydaje mi się, że taka przerwa dobrze nam zrobi. Nasze życie nie musi ciągle obracać się wyłącznie wokół psa – odpoczynek to często najlepszy pies? Nic mu się nie stanie. Oczywiście nie odtrącajmy go, jeżeli chce pobyć blisko nas – poleżmy z nim, pogłaskajmy, jeśli mamy na to ochotę. Dajmy my jakiegoś naturalnego gryzaka, który starczy na dłużej, dajmy zabawkę na przysmaki lub załadujmy matę węchową – niech psiak zajmie się nie ma nic złego w tym, że chcemy skupić się przez chwilę na sobie. Wielu opiekunów ma wyrzuty sumienia, które jeszcze potęgują złe samopoczucie. Coś w stylu ”czuję się strasznie, nie mam na nic ochoty, ale muszę wyjść z psem na długi spacer” – jeżeli nie damy sobie odpocząć to tylko spotęgujemy wrażenie, że to pies jest źródłem naszego cierpienia, a to tylko wpłynie negatywnie na Waszą relację. Naprawdę każdy ma prawo do daję sobie rady z psem – wszystko będzie dobrzeSamy mieliśmy moment kilka lat temu, że wydawało nam się, że nie poradzimy sobie z naszym psem. Kryzysy zdarzają się u wielu opiekunów. Oczywiście to nic przyjemnego, ale to naprawdę nie jest koniec świata. Gorsze dni nie świadczą źle o nas, ani o naszym psie. Nie ma też takiej relacji z psem, której nie da się może się nam wydawać, że mamy dość swojego psa. To nic dziwnego, bo psy potrafią naprawdę nam dokopać. Wymagają od nas poświęcenia, uwagi i mnóstwa energii. W dobre dni to fantastyczna sprawa, która daje nam radość. Jednak w gorszych momentach może nam się wydawać, że sobie nie powiedzieć z całą pewnością, że ”wszystko będzie dobrze” albo ”głowa do góry”, bo wiadomo, że są różne sytuacje, często bardzo poważne. Mamy jednak nadzieję, że ten wpis komuś pomoże w trakcie takiego gorszego momentu w życiu ze swoim psiakiem.
Nigdy nie myślałam, że będę musiała ci to powiedzieć, że nadejdzie moment „bez odwrotu”. Zawsze byłaś silna, dzielna, zawsze biegłaś do przodu z podniesionym czołem. Podziwiałam Cię, podziwiałam Twoją odwagę, ślepą wiarę w to, że cokolwiek życie przyniesie, poradzisz sobie. Zazdrościłam Ci, chciałam być taka jak Ty. Dziś mija siedem lat, odkąd jesteś z nim. Po twoim optymizmie, radości życia nie ma już śladu. On niszczy Cię w najgorszy możliwy sposób. Zabił w Tobie to, co najpiękniejsze. Nie wiem jakimi słowami przekonać Cię, że musisz odejść. Zmieniłaś się, bardzo. W Twoich oczach nie ma już radości, nie ma przekornego błysku. Twój głos przez telefon jest taki… matowy. Kiedyś brzmiał inaczej. Kiedyś… przed NIM. Zakochiwałaś się już wcześniej, miałaś nawet jedną „poważną” miłość. Odeszłaś, bo jak mówiłaś „nie mogliście się nawet pokłócić”. Ten spokój, ta pewność, że on cię kocha, to było dla ciebie za mało. Chciałaś „czegoś więcej”. Wybrałaś związek z facetem, który „kocham cię” mówi ostateczności i traktuje te słowa jak wabik, jak smycz, na której cię trzyma, wydzielając Ci jakieś ochłapy uczucia. Przystojny, zaradny. Nie zastanowiło cię, że nie ma jakiś bliższych przyjaciół. Właściwie nikogo bliskiego prócz zakochanej i wpatrzonej w niego Ciebie. Wybrałaś więc ten ciągły niepokój i niepewność. Na nudę nie możesz narzekać. Nie wiesz, co tak naprawdę on do Ciebie czuje, dlaczego z tobą jest. Bo przecież codziennie daje ci do zrozumienia, że jesteś kimś gorszym. Co takiego robi? Niby nic. Bo co właściwie można mu zarzucić? Te kilka raniących słów, wypowiadanych wobec Ciebie, w obecności wszystkich? Tych, po których gaśniesz w oczach, kulisz się w sobie, wstydzisz, chcesz zapaść się pod ziemię? A najgorsze, że w nie wierzysz. I jeszcze w to, że on to robi dla Ciebie. Wrócicie przecież do domu, weźmie cię za nadgarstki, zaproponuje kieliszek wina, pójdziecie do łóżka i przez chwilę będziesz dla niego najważniejsza. Kupisz to. Chwilą czułości zmaże swoje winy. Przynajmniej z zewnątrz. Bo w środku blizny są coraz głębsze. Wiesz, że kieliszków wina jest w twoim życiu coraz więcej? Zauważyłam to. Inni nasi przyjaciele również. I Twoje trzęsące się dłonie, którymi nalewasz herbatę, wiedząc dobrze, że on śledzi każdy twój ruch. Żeby tylko nie nazwał cię „swoją małą niezdarą Niby nic. Ale powtarzane do bólu, w każdej ważnej sytuacji, w obecności jego rodziców, Twoich przyjaciół sprawiają, że powoli znikasz. Nie wiesz już kim jesteś, jaka jesteś. Czy rzeczywiście taka beznadziejna, czy taka słaba, niezdarna, niezdolna? Sukces zawodowy? Jego zdaniem osiągnęłaś go przez przypadek, przy sprzyjającym splocie okoliczności. A poza tym, przecież można było o wiele więcej, o wiele lepiej… Gdybyś nie była taka leniwa. Zmieniłaś kiedyś kolor włosów, bo stale mówił, że woli blondynki. Pamiętasz, jak drwił wtedy z Ciebie cały miesiąc? Wydymał usta, w taki nieprzyjemny sposób. Choć nigdy nie powiedział tego wprost, ty wiesz, że nigdy nie będziesz dla niego wystarczająco piękna, dobra. Nie mogę patrzeć, jak się upokarzasz, jak podsuwasz mu domową, jeszcze ciepłą szarlotkę, a on niby żartem odpowiada „może tym razem nie zapomniałaś, że to ciasto i dodałaś więcej cukru”. Niby nic. Tak drobna uszczypliwość. A twoje oczy wypełniają się łzami, bo „znowu zrobiłaś coś nie tak”. I to nie jest jego wina. On po prostu chciałby mieć w domu kogoś idealnego, a ma „tylko ciebie”. Wiele razy tak „żartował” przy wszystkich. „Mógłby mieć każdą, a wybrał mnie” – powtarzasz. Przestań w to wierzyć. Każda kobieta o jakimś podstawowym poczuciu wartości nie wytrzymałaby z nim ani minuty. Twoją słabością jest brak miłości własnej. Uwierzyłaś, że tylko przy nim jesteś coś warta. I nie widzisz, że czujesz, że jest zupełnie odwrotnie. Każdego dnia, za każdym, dobrze przemyślanym, okrutnym zdaniem, kradnie ci twoją wiatę w siebie. Wiesz, to jest ten moment. Jeśli nie zawrócisz teraz, za chwilę będzie ci zbyt trudno. Przecież widzisz to wszystko, wiesz dobrze jak się czujesz, kiedy on jest obok. Przeczytałaś na ten temat mnóstwo artykułów, które Ci podsunęłam. I te, które wysłała Ci twoja mama. Toksyczny związek, emocjonalne uzależnienie od mentalnego kata… Znasz to na pamięć, odnalazłaś się między tymi słowami milion razy. Cóż pozostało? Jeden, ostateczny krok. Tak mało i tak wiele zarazem. Pewnie najtrudniejsza decyzja w twoim życiu. Zrezygnować ze złej miłości, wybrać siebie, uratować się. Dać sobie szansę, zrozumieć, znów żyć.
Rozmowa z psychoterapeutą odbyta ( ͡° ͜ʖ ͡°) Zadałem pytania od siebie i pytania z komentarzy. Wołam autorów pytań: @Szczuroskoczek_ @ikimrdbeietocytynal @Kebab_po_browarze @srednibrat @trochelipa @Kitku_Karola Dlaczego wybrałeś ten zawód? Kierowałem się zainteresowaniem odkrytym na studiach. Szczególnie tym, jak rozwijają się różne zaburzenia i jak to wszystko odkręcić. Wcześniej chciałem zająć się po studiach psychologią biznesu i marketingu. Kontakt z wykładowcami zajmującymi się tymi zagadnieniami był dla mnie zniechęcający. Zawiodłem się również podczas praktyk zawodowych w prywatnym przedsiębiorstwie, a praktyki w szpitalu pod okiem psychologa klinicznego wspominam dobrze do dzisiaj. Z jakim najtrudniejszym przypadkiem się spotkałeś? Określenie „trudny przypadek” dehumanizuje i oskarża pacjenta. Ludzie są nad wyraz złożonymi istotami, ale nie są trudni. Jakaś trudność może wystąpić w procesie terapii. Kiedy współpraca nie układa się dobrze, staram się zadbać o przymierze terapeutyczne. Brak reakcji lub opór wobec moich działań może wynikać z tego, że przechodzę do czegoś zbyt szybko, niewystarczająco dobrze tłumaczę. Pacjent czuje się niezrozumiany i zagubiony. Moja postawa to pierwszy możliwy winowajca. Są inne możliwości, ale to temat rzeka. Nie chcę stosować nieuprawnionych uogólnień. Nie mogę porównywać i oceniać powagi problemów pacjentów, jeśli do tego odnosi się to pytanie. Sytuacja życiowa staje się problemem wymagającym pomocy, kiedy przekracza możliwości radzenia sobie u jednostki. U każdego człowieka poziom tych możliwości jest inny. To nie tylko czynniki wewnętrzne, takie jak odporność psychiczna, ale także zasoby finansowe, sieć wsparcia społecznego. Miałem kilku pacjentów, których sytuacja życiowa była dla mnie czymś nowym, z czym nie spotkałem się osobiście nigdy wcześniej ani później, więc mówiąc o nich, mógłbym umożliwić zidentyfikowanie tych osób. Nie trafiają do mnie pacjenci z rzadkimi syndromami znanymi tylko z podręczników. Jest kilka grup zaburzeń, z którymi najczęściej zgłaszają się pacjenci. Towarzyszą im różne uzależnienia. Prawie zawsze pacjenci mierzą się też w życiu z takimi sprawami, które w formalnym sensie nie są zaburzeniami, ale i tak trzeba się nimi zająć. Obraz kliniczny typowego pacjenta nie jest taki prosty i przejrzysty, jak mogą sugerować opisy przypadków w podręcznikach. Jak przygotować się do terapii? Nie trzeba tego robić, ale można zadać to pytanie terapeucie przed wizytą. Ja nie oczekuję od pacjentów żadnego przygotowania. Podczas pierwszej rozmowy zadaję proste pytanie: co pana lub panią martwi? To wystarcza. Przeprowadzenie pacjenta przez diagnozę a później terapię jest moim zadaniem. Czasami chcę, żeby przed kolejną sesją pacjent coś zrobił, ale rozmawiamy o tym najpierw podczas sesji. Jeśli ktoś ma ochotę, można przygotować listę ważnych tematów, żeby nie zapomnieć o czymś pod wpływem emocji. Bez listy te tematy i tak wyjdą na jaw prędzej czy później. Zalecam przed sesją nie spożywać alkoholu, nie przyjmować narkotyków. Na sesjach online lepiej mieć na sobie normalne ubrania. To znaczy takie, w których ktoś przyszedłby też do gabinetu. Ważne jest spokojne miejsce do rozmowy. To ostatnie dla niektórych jest pewnym wyzwaniem. Czasami łazienka to jedyne miejsce w domu, w którym ktoś ma godzinę tylko dla siebie. Czy terapia może pomóc komuś odizolowanemu od społeczeństwa i niezadowolonemu ze swojego życia, kto uważa że przyczyną jego niepowodzeń są złe geny i społeczeństwo? Nie spotkałem jeszcze w terapii takiej osoby, więc nie wiem czego się spodziewać. Musiałbym wiedzieć coś więcej albo przeprowadzić diagnozę, żeby zrozumieć przyczynę izolacji i naturę niezadowolenia. To, co dostrzega pacjent, nie zawsze jest pełnym obrazem rzeczywistości. Niekiedy pacjent trafiając na terapię skarży się na to, że inni ludzie są dziwni, a on normalny, tylko już nie może z nimi wytrzymać. Są też osoby, które zgłaszają się pod naciskiem bliskich osób, ale same czują, że wszystko jest z nimi w porządku. W takich sytuacjach w mojej głowie zapala się czerwona lampka. Wiem, że mogę mieć do czynienia z osobą cierpiącą na zaburzenia osobowości, więc będę to sprawdzał podczas diagnozy. Zaburzenie osobowości to nie koniec świata, ale wymaga innego podejścia niż problemy z lękiem albo depresją. Jeśli potraktujemy to pytanie jak eksperyment myślowy, to opisany w nim człowiek z dużą dozą prawdopodobieństwa posługuje się połączeniem wrogiego i pesymistycznego stylu atrybucyjnego. Ten styl chroni go przed rozpaczą lub wyrzutami sumienia, które mógłby mieć po uświadomieniu sobie, że do złej sytuacji przyczyniła się jego własna postawa, jego decyzje i sposób zachowania. Można zacząć terapię właśnie od tego, o ile spełniony jest jeden warunek, to znaczy jeżeli człowiek chce coś zmienić w sobie. Nie chodzi mi o to, żeby obwiniać pacjenta. Postawy i zachowania mogą być wyniesione z domu. Tylko trzeba wykazać chęć zmiany tego, co da się zmienić. Choroby psychiczne mają komponent genetyczny, nie wiem co tu można dodać. Może tylko to, że to nie zawsze jest prosty związek pomiędzy grupą genów a pewnym zaburzeniem. Niektóre geny prowadzą do tego, że rozwija się organizm bardziej podatny na wpływy środowiska. W przypadku wrogiego środowiska, w tym organizmie pojawią się objawy zaburzenia. Doskonale rozumiem też, co mogą zrobić z psychiką człowieka normy i wzorce obecne w społeczeństwie. Ofiarami lansowania pewnych wzorców od dawna padają przecież nastolatki, a w ostatnich latach skala tego zjawiska rośnie. Wszyscy jesteśmy bombardowani sztucznymi obrazami perfekcyjnego życia. Wciskają nam to internetowi celebryci, wciska nam to kultura masowa. Jesteśmy niczym biedny piesek, który ogląda smakołyk spod szklanego stołu. Jest przecież tak blisko, wystarczy się podnieść i wysunąć język. Wtedy natrafiamy na niewidzialną barierę, której do końca nie rozumiemy. Nasz mózg nie lubi niewyjaśnionych sytuacji, więc jeśli najprostszym wyjaśnieniem ma być nasza niekompetencja i niedoskonałość, to trudno. Przynajmniej mamy wyjaśnienie. A przy okazji również depresję. To, za czym pędzimy, to nawet nie musi być smaczny kąsek na szklanym stole. To tylko laserowa kropka. Za tym idealnym i spontanicznym zdjęciem z wakacji na Instagramie kryje się godzina przygotowań i kilkanaście nieudanych ujęć, ale tego już nie dostrzegamy. Nie musimy się godzić na gonienie kropki i nie musimy rezygnować z życia w społeczeństwie. Co to oznacza dla osoby z pytania? Ktoś, kto uważa, że geny w stu procentach determinują jego zachowanie i sposób myślenia, musiałby otworzyć się na inną możliwość. Jeżeli taka osoba uważa, że całe społeczeństwo jest złe i zepsute, to i w tym zakresie musiałaby być gotowa na zmianę stanowiska. Inaczej terapia nie będzie pomocna, bo nie zmienia genów i społeczeństwa. Zresztą, czy odsunięcie się od społeczeństwa poprawiło coś w sytuacji takiej osoby? O ile pacjent jest otwarty na dialog i przyjęcie innej perspektywy, to ja mogę z nim pracować nad różnymi przekonaniami i celami. Terapia to współpraca dwóch osób. Zadaniem terapeuty nie jest przekonywanie kogoś, że nie ma racji. To by tylko nasilało negatywne emocje po obu stronach. Czy rozwijały się w tobie uczucia wobec pacjentów, których nie powinieneś mieć? Co wtedy robiłeś? Nie. Nie ma takich emocji, których nie powinienem mieć. Powtarzam to również moim pacjentom. Mam prawo zdenerwować się na pacjenta, mam prawo czuć do niego sympatię. Bez względu na moje emocje i odczucia wobec pacjentów, oni oczekują ode mnie profesjonalizmu. Ja też go od siebie oczekuję i mam narzędzia do tego, żeby radzić sobie z własnymi emocjami. Nie tylko emocje wobec pacjentów mogą wpływać na moją pracę. Gdybym otrzymał nagle telefon z informacją o tym, że ktoś z mojej rodziny uległ poważnemu wypadkowi, mógłbym znaleźć się w stanie uniemożliwiającym prowadzenie sesji. Gdyby mój zły stan się przedłużał, moim obowiązkiem jest przekazanie pacjentów komuś innemu i zajęcie się własnym stanem psychicznym. Kiedy na drodze do dobrej współpracy stoją emocje wobec pacjenta, to muszę każdy przypadek rozpatrywać indywidualnie. Inaczej poradzę sobie z tym, że denerwuje mnie pacjent bawiący się telefonem na sesji, a inaczej kiedy frustruje mnie jego małomówność wynikająca z problemu, z którym się do mnie zgłosił. Dlaczego psychoterapia jest taka droga? Po prostu usługi wykonane na wysokim poziomie kosztują - u fryzjera, stomatologa, w salonie tatuażu, u prawnika, u księgowego. W przypadku psychoterapii można wskazać kilka czynników związanych z ceną. Prowadzenie psychoterapii wymaga ukończenia studiów wyższych oraz specjalistycznego szkolenia. Jako specjalista chcę dobrze zarabiać. Każdy człowiek chce dobrze zarabiać, to normalne. Kwota, którą pacjent płaci za sesję, nie zostaje w całości na moim koncie. Jest wiele wydatków zawodowych i nie mówię tylko o koszcie wynajęcia gabinetu. Są przecież szkolenia, superwizje. Dzięki nim mogę lepiej pomagać pacjentom. Ceny terapii podlegają prawom rynkowym, co niestety jest wykluczające dla osób zarabiających mniej. Jeśli teraz duża grupa pacjentów zainteresuje się terapią online u terapeutów z mniejszych miast, którzy mają niższe stawki, to oni w mgnieniu oka te stawki podniosą. Stracą na tym ich lokalni pacjenci. Jeżeli ktoś chce wstrząsnąć rynkiem usług prywatnych, to trzeba zająć się niewydolnym systemem publicznej opieki zdrowotnej. Związek zawodowy psychologów walczy o lepsze wynagrodzenia w państwowych placówkach, bo te obecne wypychają terapeutów do prywatnych gabinetów. Myślę, że nie jest konieczne, żeby wynagrodzenia terapeutów w poradniach i szpitalach dorównały zarobkom osiąganym w prywatnym gabinecie, ale muszą być adekwatne do kwalifikacji i wykonywanych zadań. Mając do wyboru etat w poradni i trochę niższe zarobki niż obecnie, na pewno zastanowiłbym się nad taką zmianą. Mógłbym skupić się na pracy z pacjentami, mieć stabilny dochód i nie przejmować się prywatną praktyką oraz kosztami działalności. Na razie przy stawkach oferowanych przez NFZ musiałbym zdecydować, czy chcę opłacić rachunki, czy mieć co jeść. O jakimkolwiek rozwoju lub rozrywkach nie byłoby mowy. W interesie pacjentów leży to, żeby lekarze, pielęgniarki, psycholodzy i inni pracownicy ochrony zdrowia byli zadowoleni ze swoich zarobków, tymczasem w przekazie medialnym nieraz antagonizuje się te grupy. Gramy do jednej bramki, wszyscy płacimy podatki, a ostatnią wizytę lekarską na NFZ miałem ponad 10 lat temu, więc za takie usługi płacę podwójnie. Zbyt niskie wynagrodzenie dla terapeutów w państwowych ośrodkach to jeden problem, ale są inne. Przestarzały sprzęt uniemożliwiający prowadzenie sesji online, psujące się programy do obsługi wizyt, procedury utrudniające pracę, pacjenci odwołujący wizyty w ostatniej chwili, niewyciszone gabinety i brak prywatności, rozwalające się fotele i pokoje, w których zimą jest zimno, a latem gorąco, czy nawet brak chusteczek higienicznych dostępnych dla pacjentów, brak superwizji na miejscu. Nie da się pracować w takich warunkach, więc tworzymy odpowiednie warunki w prywatnych gabinetach, ale koszty odczuwają pacjenci, bo działalność związana z pomaganiem nie musi być działalnością charytatywną. W trudnych sytuacjach stawki można negocjować. Nie chciałbym, żeby mój pacjent był zmuszony do przerwania terapii w której robił postępy, jeśli tymczasowo ma problemy finansowe. Każdy terapeuta sam decyduje, na jakie kompromisy jest gotowy. Jeśli sytuacja finansowa pacjenta jest bardzo trudna, a ja nie mogę sobie pozwolić na odroczenie płatności, to mogę wykorzystać sieć kontaktów i poszukać mu terapii gdzie indziej, ale kolejki w poradniach są zatrważające. Dlaczego ktoś miałby wierzyć, że psychoterapia działa i nie jest oszustwem? Odwrócę to pytanie: dlaczego ktoś miałby wierzyć, że psychoterapia nie działa i jest oszustwem? Psychoterapię praktykuje się od kilkudziesięciu lat na całym świecie, w prywatnych i publicznych klinikach. Badaniem i rozwojem psychoterapii zajmują się autorytety w dziedzinie psychologii i psychiatrii. Osoby zatrudnione w wielu uniwersytetach na całym świecie. Przekonanie, że na świecie działa grupa ludzi wykorzystująca cierpienie i naiwność innych, złowroga szajka, której udało się przekonać władze państw, władze uczelni, środowisko naukowe i miliony zwykłych ludzi, że psychoterapia jest ważna i pomaga, nie brzmi moim zdaniem jak racjonalne przekonanie. Przypomina myślenie spiskowe. Z irracjonalnym przekonaniem nie ma sensu walczyć racjonalnymi argumentami. Możemy rozmawiać o tym, co w psychoterapii działa, komu ona może pomóc, o jej historii i zmianach jakie w niej zachodziły, ale nie o tym, czy to nie jest wielki światowy spisek. Spotkałem się kiedyś z kontrargumentem mówiącym o tym, że na całym świecie można korzystać z usług wróżek i jasnowidzów. W Polsce z pomocy jasnowidzów korzystała nawet policja. Różnica jest taka, że we współczesnym świecie akademickim nie ma wydziałów wróżbiarstwa i nie ma profesorów wróżbiarstwa, zajmujących się badaniami skuteczności kart tarota i szklanych kul w przewidywaniu powodzenia miłosnego. Psychoterapia ma swoje wewnętrzne problemy, nie przeczę. Są osoby, które podszywają się pod terapeutów, a nie niosą żadnej pomocy. Mimo wszystko dyskutowanie z poglądem przedstawionym w pytaniu, że cała psychoterapia mogłaby być niedziałającym oszustwem, zostawię innym ludziom. Mnie szkoda czasu na psychoterapeutyczne krucjaty. Wolę pomóc tym, którzy tego naprawdę chcą. Chociaż szczerze odradzam każdemu takie dyskusje. Nie mam kwalifikacji wróżbiarskich, ale nie wróżę sukcesu. Z przeciwnikami szczepień też jeszcze nikt nie wygrał. Mam wrażenie, że jest ich coraz więcej. Jaka terapia jest najlepsza? Najlepsza, czyli jaka? Dla niektórych to taka, która daje rezultaty najszybciej, a dla innych taka, której rezultaty utrzymują się najdłużej. Naturalnie najlepiej jest spełniać oba warunki. Dla mnie najlepsza terapia to terapia zgodna z przekonaniami terapeuty i dostosowana do potrzeb pacjenta. Porównuje się czasami różne nurty i sprawdza, czy łatwiej rzuca się palenie w nurcie poznawczo-behawioralnym, czy w psychodynamicznym. Albo który z nich szybciej prowadzi do redukcji objawów lękowych w zespole lęku napadowego. Można sobie takie badania znaleźć, przeczytać i samemu wyciągać wnioski. Multum badań jeszcze przed nami, nie wiemy wszystkiego. Szczególnie badań podłużnych sprawdzających stabilność zmian. Te badania są ważne, ale równie ważne jest badanie czynników warunkujących skuteczność i rozpoznawanie mechanizmów zmiany w terapii. O najlepszej terapii można mówić w przypadku konkretnej osoby i jej problemów, nie na takim ogólnym poziomie. To dlatego dopiero po kilku spotkaniach z pacjentem przedstawiam mu opinię o tym, czym moglibyśmy zająć się w terapii i wspólnie decydujemy co będzie dla niego odpowiednim rozwiązaniem. Pacjent stojący przed wyborem terapeuty ma niełatwe zadanie. Oczekiwanie, że zapozna się z zasadami różnych nurtów i wybierze to, co mu się podoba, jest mocno przesadzone. To powinna być rola psychiatry lub psychologa kierującego na terapię, ale ich wiedza w tym zakresie niejednokrotnie jest niedostateczna lub przestarzała. Dobierając rodzaj terapii do problemu pacjenta można posługiwać się raportem opracowanym przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne, ale on tak naprawdę o niczym jeszcze nie przesądza. Tak jak wspominałem, potrzebujemy jeszcze wielu różnych badań. Przy okazji tego pytania możemy zastanowić się nad tym, skąd w nas, w ludziach, bierze się takie silne dążenie do tego, żeby coś było najlepsze. Chcemy najlepszą terapię, najlepszego lekarza w mieście, najlepsze przedszkole dla dziecka, najlepsze studia. Chcemy być najlepszymi szefami lub chcemy mieć najlepszych szefów. Próbujemy być najlepszymi mamusiami i tatusiami pod słońcem, najlepszymi żonami i mężami. W pogodni za ideałem, za tym co najlepsze, zapominamy o tym, że czasami wystarczy to, co jest po prostu dobre i adekwatne. Przecież nie każdy obszar naszego życia to wyścig i rywalizacja. To, co jest najlepsze w oczach wielu ludzi, jest dostępne tylko dla nielicznych. Najlepsze jest ekskluzywne, bo gdyby było powszechne, nie miałoby tak dużej wartości i nie mogłoby się wyróżniać. Naturalnie nikt nie będzie szukał najgorszego dentysty w mieście, bo chcemy, żeby nam pomógł. Mój nie jest najlepszy, ale jest dobry i mnie na niego stać. Dobrze radzi sobie z rutynowymi zabiegami. Z jednym zębem odesłał mnie gdzie indziej. Gdyby miał przekonanie, że jest najlepszy, mógłby wyrządzić mi krzywdę. Nie poszedłbym do psychoterapeuty, który przedstawia się jako najlepszy w mieście lub ogłasza, że jego metody są najlepsze. Niektóre metody są już przebadane i działają dla określonych problemów, na tym się zatrzymajmy. Czy możliwe jest, że niektórzy ludzie po prostu lubią być samotnikami i nie spotykać się z innymi, nie rozmawiać? Tak, podobno niektórzy pisarze byli takimi ludźmi. Historia zna też różne przypadki pustelników. Ich izolacja była motywowana religijnie, ale myślę, że wymagała również odpowiedniego charakteru. Potrzeba samotności od czasu do czasu towarzyszy każdemu człowiekowi. Jeśli ktoś ma taką chęć przez całe życie, to jest to trochę nietypowe, bo jako ludzie jesteśmy wyjątkowo społecznym gatunkiem. Nie powinniśmy zawsze szukać problemów w tym, co nietypowe lub niepopularne. Najpierw spróbujmy to zrozumieć. Izolowanie się od ludzi może wynikać z czegoś więcej niż odmienny styl życia, nie można tego ignorować. Tendencję do izolowania można zaobserwować u osób cierpiących na schizofrenię, schizotypowe i schizoidalne zaburzenie osobowości, paranoiczne zaburzenie osobowości, społeczne zaburzenie lękowe. Inną sytuacją jest potrzeba samotności u osób autystycznych. To jest w ogóle inny profil rozwojowy, nie powinno się go porównywać z zaburzeniami takimi jak lęk społeczny albo osobowość schizoidalna. Nie należy też przez to rozumieć, że wszystkie osoby autystyczne chcą zawsze być same, bo one mogą czuć się samotne i też potrzebują kontaktu z ludźmi. Czas trwania i charakter takiego kontaktu może być u nich po prostu inny. Kiedy ktoś cierpi z powodu lęku społecznego, możemy pracować nad przyczynami lęku i go redukować. Rozpoznawanie skąd wynika potrzeba samotności wymaga dokładności i ostrożności, nie można zbyt szybko przeskakiwać do konkluzji. Co ma większe znaczenie, geny czy środowisko? I dlaczego któraś z tych opcji? Ta debata została rozstrzygnięta w sposób, który nie daje spokoju osobom żądającym jasnych i kategorycznych odpowiedzi. Ważne jest jedno i drugie, a ustalenie proporcji wpływu genów i środowiska na coś bywa bardzo trudne. Ekspresja genów może zależeć od środowiska, a wybór i kształtowanie swojego środowiska może być efektem działania pewnych genów. W chorobie Huntingtona kluczowe są geny. Udało się zidentyfikować konkretny gen związany z tą chorobą. W chorobach takich jak depresja czy schizofrenia jest trudniej to ustalić, ale naturalnie prowadzi się i takie badania. Jeszcze trudniej jest z określeniem w jakim stopniu geny, a w jakim środowisko sprawiło, że ktoś zdecydował się na karierę księgowego. W Polsce działa grupa badaczy zajmująca się genetyką zachowania pod kierownictwem dr hab. Wojciecha Dragana, warto zapoznać się z ich odkryciami. Dla mnie w gabinecie większe znaczenie ma środowisko, bo można je modyfikować lub wybrać inne. Predyspozycje genetyczne uwzględniam w konceptualizacji, bo są ważną wskazówką. Nie zignoruję tego, że mój pacjent z depresją miał dziadka z problemem alkoholowym. Jak żyć? Na to są przepisy w religii, w filozofii, ale psychoterapia ich nie daje. Psychoterapia daje szansę na indywidualne zastanowienie się nad tą kwestią. Trudno zresztą odpowiedzieć na to pytanie tak, żeby odpowiedź nie brzmiała jak motywacyjny banał. W jednym z podejść psychoterapeutycznych filarem jest angażowanie się w działania zgodne z wyznawanymi wartościami. Mogę się pod tym podpisać, ale zdaję sobie sprawę z tego, nasze działania są obarczone wieloma ograniczeniami. Ktoś, kogo fascynują martwi ludzie, jest ograniczony kodeksem karnym lub skutecznością policji. Ma jednak do wyboru mniej stresującą karierę w domu pogrzebowym lub w roli patomorfologa, nie musi mordować ludzi. Jak unikać koncentracji na końcowych rezultatach terapii, co może być przyczyną presji związanej z osiąganiem wyznaczonych celów? Nie wiem czy dobrze rozumiem pytanie. Na początku terapii stawia się określone cele, ale nie każda terapia jest aż tak mocno skoncentrowana na precyzyjnie wyznaczonych celach. Następnie tworzy się plan osiągania tych celów. W trakcie mogą wyjść na jaw zachowania, które to utrudniają. Nie jest to wcale takie rzadkie i przybiera różne formy. Trzeba rozpoznać i opracować mechanizm takich zachowań. Zająć się nimi w pierwszej kolejności. Inaczej nie będzie możliwa praca nad celami. Mogłoby okazać się, że trzeba przeznaczyć 4 lub 5 sesji na te kwestie. Dopiero wtedy możliwy będzie powrót do problemów, z którymi początkowo zgłosił się pacjent. Takie rozmyślanie o końcowych rezultatach mogłoby wynikać z problemów lękowych, z perfekcjonizmu, jest też obecne w prokrastynacji. Nie mogę powiedzieć co z tym zrobić, dopóki nie poznam przyczyn i siły napędowej tego zachowania. Po co ma żyć ktoś, komu towarzyszy tylko cierpienie, płacz i samotność, a wszelkie próby zmiany tego stanu spełzły na niczym? Jako terapeuta nie podaję pacjentom powodów do życia. One powinny pochodzić od nich samych. Ktoś, kto zadaje sobie takie pytanie, na pewno ma za sobą trudną i bolesną drogę. Zadając to pytanie ujawnia przekonanie, że mogą istnieć powody do życia. Gdyby było inaczej, spodziewałbym się bardziej stanowczej wypowiedzi - nie mam po co żyć, chcę się zabić. W takich sytuacjach jest kilka kwestii, które próbuję zrozumieć. Staram się ustalić co do tej pory motywowało osobę do życia pomimo trudności oraz w jakich okolicznościach pierwszy raz zadała sobie to pytanie. Jeśli wystąpiło zdarzenie spustowe dla takiej myśli, to chcę o tym wiedzieć, żebyśmy mogli się nim zająć. Kiedy pacjenci mówią, że próbowali już wielu rzeczy, dowiaduję się czego próbowali i co chcieli osiągnąć. To mi daje punkt zaczepienia do dalszych rozmów. Możemy przeformułować cele, znaleźć lepsze środki. Im dłużej trwa cierpienie, tym bardziej zawęża się pole widzenia. Może się wydawać, że jedyną opcją na zakończenie cierpienia jest zakończenie swojego życia. W pewnych sytuacjach jest, ale dotyczy to raczej pacjentów onkologicznych, a nie psychiatrycznych. Czy podczas nauki na psychoterapeutę były zajęcia o osobach neuroróżnorodnych? Czy jest to raczej jako ciekawostka albo jako douczenie się we własnym zakresie? Wiedzę w tym zakresie zdobywałem już na studiach psychologicznych, akurat miałem taką możliwość. Programy szkoleń dla terapeutów bardzo się różnią, na pewno ciągle brakuje tych treści. Niektórym brakuje podstawowej wiedzy o neuroróżnorodności, ale sama wiedza bez umiejętności prowadzenia terapii dla takich osób nie wystarczy. Na szczęście coraz łatwiej można znaleźć dodatkowe szkolenia na ten temat. Dobrym miejscem jest Leszczyńskie Centrum Psychoterapii, oferujące bardzo kompleksowe szkolenia. Ja mam doświadczenie w pracy z dorosłymi z ADHD i autystycznymi dziećmi, ale jeszcze nie trafiła do mnie dorosła osoba w spektrum autyzmu. U niej proces diagnozy oraz wsparcia przebiegałby inaczej niż u dzieci. Cieszy mnie to, że można spotkać neuroróżnorodnych psychologów i terapeutów. Nie trzeba być w spektrum autyzmu, żeby pracować z osobą autystyczną, ale dobrze, że pacjenci mają taki wybór. #psychoterapia #psychologia #psycholog #depresja #nerwica #fobiaspoleczna #przegryw
nie daje sobie rady z życiem